Wycieczka do Korbielowa, Sopotni i Jeleśni. (wspominki z sierpnia 2021)

Dzień 1
Wyruszyliśmy z okolic Szczyrku w kierunku Sopotni. Gps poprowadził nas przez jakieś małe miejscowości i kręte uliczki, czasem nawet strome, dojazd trochę trwał, ale widoki były przecudne. Żałowałam że nie było miejsca na poboczu drogi by się zatrzymać i zrobić kilka zdjęć. Dojeżdżając już do Sopotni po drodze mijaliśmy piękne puste pola i ślicznie oświetlone przez zachodzące słońce góry. Dotarliśmy do największego wodospadu w Beskidach w Sopotni Wielkiej. Tuż obok parkingu pod sklepem stała tabliczka ilustrująca i opisująca wodospad. Warto poczytać jak powstawał i że wejście do niego jest bardzo niebezpieczne z powodu tg. kotła eworsyjnego. Zejście do wodospadu - jest mała wąska ścieżka schodząca w dół od dużego mostu. W pierwszym momencie wiele osób w tym także my nie wiedziałyśmy gdzie ten wodospad. Na miejscu dosyć głośno. Zrobiłam kilka zdjęć ale drzewa zasłaniały a zejście dalej było niemożliwe i sporo błota, ale mimo wszystko warto było go zobaczyć. 



Potem pospacerowałyśmy trochę natknęliśmy się na tabliczkę o jakimś obserwatorium czy muzeum kosmicznym, nie pamiętam już nazwy, ale i tak było zamknięte. Cóż był to zwykły dom o dziwo z dużą anteną. 😊 Dalej pojechałyśmy do Korbielowa. Już prawie przed zmrokiem dotarłyśmy do pensjonatu „Pokoje u Jana” Gdzie przywitała nas bardzo miła Pani chyba właścicielka. W środku jest naprawdę przytulnie, z balkonu są śliczne widoki i nawet padło nam zobaczyć ładną tęczę tuż po deszczu. Przytulne pokoiki. Budynek niepozorny bo z zewnątrz wydawał się malutki, a w środku było sporo pokoi. Kuchnia do samoobsługi dobrze wyposażona i ładna jadalnia z góralskimi ławami i poduchami do tego stół do pingponga i sauna z której akurat nie korzystaliśmy. Wieczorem poszłyśmy na mały spacer po okolicy i natknęłyśmy się na lisa. Zresztą po drodze widziałam też jednego rozjechanego. I od tamtej pory chyba za każdy przejściem po ulicy czatowali na nas panowie z poniższego pensjonatu takiego dużego i zawsze rzucali jakieś dziwne teksty w nasza stronę i to z piwerkiem w łapkach. Nie pojmuje ludzi, którzy jeżdżą na wycieczki tylko po to żeby kilka dni chlać.

Dzień 2
W drugi dzień wybraliśmy się na Hale Miziową. Wychodząc z pensjonatu znów na balkonie stali ci dziwni goście i pytają gdzie się wybieramy. A my że w góry. Na co oni, ale panie idą na dół. Na co ja, że najpierw trzeba zejść na dół żeby wyjść do góry, a jak się rozmowa zakończyła to w sumie nie pamiętam, bo chciałyśmy stamtąd szybko odejść. Najpierw mały kawałeczek kolejka i dalej na nogach. Las wyjątkowo urokliwy. Pogoda niby dopisała, choć raz zdarzyła się mżawka, ale ważne że nie było ulewy. Po drodze piękne widoki. Babia bardzo tajemnicza bo chowała się non stop w chmurach. W połowie drogi przy ławeczkach chwila odpoczynku i dalej w drogę, bywały kawałki, gdzie błoto było masakryczne i nie dało się wyjść do góry bo się ujeżdżało. Zrobiłam zdjęcie ciekawemu owadowi, którego pierwszy raz w życiu widziałam. Na łąkach rosły żółte kwiaty ciekawie na zdjęciach wychodziły i też nie wiem jak się nazywają.



Kilka ładnych zdjęć na górze było dosyć pochmurno ale przyznam że na wyjście w góry pogoda idealna. Nie za zimno nie za ciepło. Na hali wstąpiliśmy do schroniska. Przyznam, że bardzo ciekawa budowla taka góralska. Jest to nowy obiekt, nie pamiętam kiedy postawiony, poprzednie schronisko chyba spłonęło czy za stare było. Po pysznej zupce i kupieniu kolejnego magnesu do kolekcji, zapadła decyzja by wracać. Pilsko wydawało się blisko i bardzo kusiło, ale znając naszą kondycje i tempo, wolałyśmy odpuścić, jeszcze tu kiedyś wrócimy lepiej przygotowane. A czekała nas jeszcze przeprawa przez to bagno na dół. Wracając podziwiałyśmy widoki. Po powrocie do pensjonatu był czas na odpoczynek na ogrodowej huśtawce i trochę chilloutu. Ta cisza i spokój – uwielbiam. Kolacja chwila w pingponga i pora spać.




Dzień 3
Rozpoczęłyśmy od pakowania. Potem pyszne śniadanko i rozgrzewająca herbatka w „Mylak” restauracja i pizzeria . Później szukałyśmy wioski wołoskiej ale chyba nie znalazłyśmy, trafiliśmy na kilka starych hat blisko drogi. Był pomysł zobaczyć ogród z wielkimi rzeźbami owadów, ale cena nas odstraszyła. Potem pojechaliśmy do Jeleśni na dożynki wojewódzkie, lubimy takie typowo góralskie imprezy. Choć dosyć kameralnie było. Ale parking to była jakaś masakra. Wjazd na jeden parking był zamknięty, koło drogi stanąć się nie dało. Gps wyprowadził mnie w jakąś wąską dróżkę bez możliwości zawrócenia. Nie znoszę cofać na wąskich drogach. Oczywiście skończyło się porysowanym tyłem. A na końcu idąc za przykładem innych kierowców przejazd przez wysoki chodnik żeby dostać się na parking. Na szczęście podwozie całe. Lekko wkurzona sytuacją nie umiałam czerpać przyjemności z imprezy, dopiero później. 

Kilka góralskich zespołów ale najciekawszy był Krywań. Nauczyłam się pleść wianek i jeszcze przy tym zaczepiła mnie jakaś reporterka z telewizji pytając czy długo się taki wianek robi. A ja na to, nie wiem dopiero zaczynam, ona drążyła temat i po chwili zorientowałam się że chyba nie o to jej chodzi i wyjaśniając że ja przyjezdna poszła do kogo innego :) Fajnie było też zobaczyć staruszki jak przędą na kołowrotku, wystawa ciekawych zwierząt hodowlanych, niektóre naprawdę zaskoczyły mnie wyglądem, szczególnie kozy czy barany z 4 rogami. Wcześniej był też chyba Redyk, ale się spóźniłyśmy. 

Tuż obok jest jedna z najstarszych karczm w Polsce czuć ten klimat. W środku wystrój starej izby, w korytarzu podobno było miejsce dla koni. Jedzenie pyszne. Otwierając menu mamy całe dwie strony historii karczmy, kto był właścicielem od kogo do kogo przechodziła, w czasie wojny została mocno zniszczona. Mimo iż jest to zabytek wydaje się zadbana. A i ceny przystępne. Ps. Zaskoczyło mnie, że na tej dożynkowej imprezie za darmo rozdawali tacki z jedzeniem, chyba z kapuśniakiem i jakimś mięsem, rozdawali ciasto i nawet wódka była za darmo. Ja nie pijam, ale zaskoczyło mnie to. Byłam na paru takich wiejskich imprezach w moich stronach i nie spotkałam się. Słońce zaczynało zachodzić i przy pięknej atmosferze droga powrotna do domu zajęła nam jakieś 40/30 minut jadąc tym razem na Żywiec. Powrót okazał się szybszy. Mimo, że nie wyjechałyśmy jakoś daleko fajnie było te 3 dni spędzić razem w naszych kochanych Beskidach.

 Zapraszam do oglądnięcia wszystkich zdjęć. 



















































Komentarze

Popularne posty